| Rice fields... out of the season. / Pola ryżowe... poza sezonem. |
I was going on a trip to Sapa by myself because Keith had already seen it and besides... there was a Grand Prix on tv that on Sunday that he wanted to watch. Fair enough, we have agreed that if one of us wants to do something and the other one doesn't we dont stop each other from enjoying ourselves. And so I went...
Sapa is a great place to visit but a pain to get to. I was gone for 2 nights. Had to leave Hanoi at 9pm on Saturday (well I was waiting for 40 mins to be picked up) on a night bus to Sapa.
I must admit the journey was generally good (apart from the moments when the driver was driving on the mountain snaky roads while texting. At night!). When we got there at 4am we had to stay on the bus until 7am at which point all of us were meant to be picked up by our local tour guides, except we weren't. I, with a group of some people from the bus were taken by 2 guys to a hotel for breakfast. Then I spent 6 hrs trekking rice fields and villages and that was it. Nobody in the tourist agent office told me when we were booking that trip that I will have to kill the time between 3pm -9pm until the journey back to Hanoi).
I really enjoyed the whole trek thing. It was raining and I was stupidly wearing my white converse ( if tribe women could trek wearing flip flops I could definitely do it wearing trainers!) but then it stopped and we entered the rice fields area and the views were simply wondreful.
The journey back on the other hand was something different.
The coach tickets were numbered, I showed my ticket to a lady on a bus and she said ok and wanted to let me in. Then some guy came running and shouting something to her (he had seen my ticket before her when I was asking about my bus). She turned around and said to me 'NO, NO, GO THERE' and pointed out to another bus. I didn't want to go because I saw foreign tourists getting on this bus that was going to Hanoi and besides she just crossed my ticket number from her list. But they wouldn't let me in. So they dragged me to this other bus that had few Vietnamese people in. I thought, 'Ok, there will be more people boarding'. But the bus left before it's scheduled departure time, 3/4 empty. So I thought, 'Now I'm f.....'. Stupid things came to my mind, a kidnapping, rape, murder... All because how my ticket got crossed off the list and how I ended on a bus with Vietnamese men (and few women, which after a while gave me hope lol).
I couldn't sleep the whole journey back. The bus seemed to be going to and stopping at random places taking people on and dropping them off. Suddenly at 2am, driver switched the engine off, got off the bus with few other people, closed the door of the bus with us in it and were gone for an hour! I was freaking out at this point! It turned out they've done themselves a break with the driver eating, drinking and smoking something else than cigarettes from a long water pipe! Then they got back on the bus and we left with miracously found different, I wanted to believe, sober driver (the one who smoked crashed on a bed at the back).
We made few more random stops on the way and then finally a stop at Hanoi Coach Station. I was ecstatic to say the least! I was back in Hanoi. Unhurt, tired but relieved and happy. Just seeing the word 'Hanoi' in the name of the station made me want to get off the bus even though it meant walking back to the hotel for miles. But I was stopped and luckily there was one guy who could speak some English. He said, this is not a final stop and I need to stay on the bus if I want to be dropped off where I was supposed to be dropped off. The problem is, the bus went off for another 5 mins and stopped at what appeared to be this company's coach terminal and the driver said he is not going any further! It was 4.30am, it was dark and this place wasn't even on the map I had.
Before we paid for this whole trip of mine, Keith wanted to make sure that we know exactly where's the dropping point and how can I get back to a hotel. And now here I was, somewhere out in the boonies that's not even on the map. Luckily this guy who could speak some English offered help and negotiated the price of a taxi for me. As he said, it was still an extreme rip off by his experience (he and his mates were charged much less to a nearby place) but I was told by Keith that if any troubles arose, I should take a taxi no matter what. But this poor taxi driver couldn't start the car. He had 3 of his mates pushing the taxi so finally he started off and we left. I was just hoping that there will be no red lights, cause if he stops, he might not move again. And there were many red lights on the way, but the car kept going. And I decided that if that happens, I will fuc... push it until I get back to the hotel... And I promised myself that I'm not going to go anywhere else by myself. One day without Keith, everything falls apart.
Na wycieczkę do Sapy wybrałam się sama, gdyż Keith już tam był, poza tym w niedzielę w tv pokazywali Grand Prix, które on chciał obejrzeć. Spoko, umówiliśmy się na samym początku, że jak jedno z nas chce coś zwiedzać a drugie nie ma ochoty, to się nie stopujemy nawzajem. Tak więc pojechalam.
Sapa to wspaniałe miejsce, ale dotrzeć tam nie jest łatwo. Nie było mnie przez 2 noce. Z Hanoi wyjeżdżałam w sobotę o 21-ej nocnym autobusem do Sapy ( tzn., powinnam była, ale czekałam ponad 40 min, gdyż miał mnie ktoś odebrać). Podróż w tamtą stronę była generalnie spoko (no może poza momentami, kiedy nocą jechaliśmy krętymi, wąskimi drogami górskimi a kierowca sobie smsował!). Do Sapy dotarliśmy o 4 nad ranem i musieliśmy zostać w autokarze do godz 7. Wtedy mieliśmy być odebrani przez naszych przewodników. Tylko, że oni się nie pojawili. Zamiast nich, zjawiło się dwóch kolesi, którzy zabrali mnie i jeszcze kilka innych osób do hotelu na śniadanie.
Po śniadaniu spędziłam 6 godzin trekując po polach ryżowych i wioskach okolicznych i to powiem Państwu, tyle. Nikt w biurze turystycznym w Hanoi nie poinformował mnie, że potem mam błąkać się po Sapie przez kolejne 6 godzin (od 15 do 21-ej) czekając na autokar.
To całe trekowanie naprawdę mi się podobało. Na początku padał deszcz, było ślisko, a ja głupia idiotka miałam na sobie białe conversy (no, ale skoro te kobiety z plemienia dawały radę w klapkach, to i ja też). Potem się rozpogodziło i weszliśmy na ścieżki pomiędzy polami ryżowymi i widok był cudowny.
Powrotna podróż do Hanoi to zupełnie coś innego. Bilety były ponuemerowane, pokazałam więc swój pani, która je sprawdzała i ona powiedziała, że mam wsiadać. Nagle nadbiegł koleś i zaczął do niej coś krzyczeć (koleś, który widział mój bilet wcześniej, bo pytalam go,którym autokarem do Hanoi mam się zabrać). Ona się odwróciła do mnie i mówi 'NIE, NIE, MASZ IŚĆ TAM' i wskazała na inny autokar. Nie chciałam tam iść, bo wszyscy zagraniczni turyści wsiadali do tego autobusu jadącego do Hanoi, a poza tym, ona właśnie przekresliła mój numer biletu ze swojej listy! Ale nie miałam wyboru, bo nie chcieli mnie tu wpuścić. Zaprowadzili mnie do drugiego autokaru, w którym było kilku Wietnamczykòw. Pomyślałam 'Ok, jeszcze autokar się zapełni'. Tylko że autokar wyjechał przed czasem, 3/4 pusty. 'No to teraz mam przeje....', pomyślałam. Od razu głupie rzeczy zaczęły przychodzić mi do głowy, że porwanie, gwałt i może nawet morderstwo... A wszystko przez to, że mój bilet został skreślony z tamtej listy i w tym autokarze większość osób to Wietnaczycy (no dobra, kilka Wietnamek się znalazło, co dało mi nadzieję lol).
Nawet na momencik nie zmrużyłam oka. Wyglądało na to, że autobus jechał i zatrzymywał się tam gdzie popadło, żeby zabrać ludzi i ich wysadzić. Potem, nagle o godz. 2 nad ranem kierowca wyłączył silnik, wraz z kilkoma gośćmi z przodu wysiadł, zamknął drzwi autokaru z resztą nas w środku i zniknął na godzinę! No teraz to ogarnęła mnie panika na maksa!
Okazało się, że zrobili sobie oni przerwę. Kierowca jadł, pił i palił coś z długiej wodnej fajki ( no papieros to to nie był). Po godzinie wrócili oni do autokaru i ruszyliśmy w drogę. Za kierownicą siadł inny kierowca (skąd on się wziął?). Chciałam głęboko wierzyć, iż był on trzeźwy. Ten co jarał, walnął się do spania z tyłu autokaru.
Zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach i w końcu na stacji autobusowej w Hanoi. Byłam tak szczęśliwa, że niemalże wpadłam ekstazę. Dotarłam do Hanoi. Zmęczona, ale cała. Widząc sam napis 'Hanoi' sprawił, iż chciałam wysiąść i iść piechotą do hotelu, nawet niezliczone kilometry. Na szczęście jeden koleś mnie powstrzymał mówiąc, ze to nie jest końcowy przystanek, że autokar dojedzie tam, gdzie było ustalone przy zakupie wycieczki. Problem w tym, że autobus zatrzymał po jakichś 5 minutach (w miejscu, ktire wyglądało na bazę autobusową tej firmy) i kierowca powiedział, że ten autobus dalej nigdzie już nie jedzie. Była godz. 4.30 nad ranem, było ciemno a ja utkwiłam w miejscu, które nie było zaznaczone na mapie, którą miałam przy sobie. Zanim wykupiliśmywwycieczkę dla mnie, w biurze turystycznym pytaliśmy o każdy jej aspekt, zwłaszcza drogę powrotną i miejsce,ggdzie autokar miał nas odstawić. Wszystko sprawdziliśmy i ja znałam dokładnie z tego miejsca trasę powrotną do hotelu. No ale nie, Magda wylądowała gdzieś na jakimś wygwizdowie, którego nie ma nawet na mapie! Na szczęście ten chłopaczek, który mówił trochę po angielsku zaoferował swoją pomoc i wynegocjował cenę powrotną taxi. Jak to on sam ujął, panowie taksowkarze zdzierają ze mnie cholernie, ale jak to Keith powiedział, jak tylko znajdę się w potrzasku, to mam brać taxi i tyle. No to wsiadłam, tylko, że ten biedny taksówkarz auta nie mógł odpalić. Trzech jego kumpli pchało auto, aż w końcu odpaliło. Modliłam się tylko, żeby nie było żadnych świateł czerwonych po drodze. No ale były. Auto nie zgasło, chociaż w duszy obiecałam sobie, że nawet jak trzeba będzie pchać tą ku...... taxi, to ją będę pchała do samego hotelu. Obiecałam też sobie, że już na żadną wycieczkę sama nie pojadę. Jeden dzień bez Keitha i się wszystko wali!
| A walk through a village. / Spacer przez wioskę. |
| A lonely house among the fields. It's a long walk to a local shop./ Samotny dom pośród pól ryżowych. Musi to być długi spacer do lokalnego sklepu. |
| The rice seeding season starts by the end of April. But still, the view was impresive. / Pora siewu ryżu rozpoczyna się pod koniec kwietnia. Pomimo tego, widoki robiły naprawdę wrażenie. |
Ale jazda! To miałaś wycieczke życia! Masakra!
ReplyDeleteZdjęcia rzeczywiście pokazują piękno tamtych miejsc, ale pozostałych wrażeń nie zazdroszczę!