Monday, 30 March 2015

34. Rice fields of Sapa, Vietnam / Pola ryżowe w Sapa, Wietnam

Rice fields... out of the season. / Pola ryżowe... poza sezonem.

 I was going on a trip to Sapa by myself because Keith had already seen it and besides... there was a Grand Prix on tv that on Sunday that he wanted to watch. Fair enough, we have agreed that if one of us wants to do something and the other one doesn't we dont stop each other from enjoying ourselves. And so I went...

 Sapa is a  great place to visit but a pain to get to. I was gone for 2 nights. Had to leave Hanoi at 9pm on Saturday (well I was waiting  for 40 mins to be picked up) on a night bus to Sapa.
 I must admit the journey was generally good (apart from the moments when the driver was driving on the mountain snaky roads while texting. At night!). When we got there at 4am we had to stay on the bus until 7am at which point all of us were meant to be picked up by our local tour guides, except we weren't. I, with a group of some people from the bus were taken by 2 guys to a hotel for breakfast. Then I spent 6 hrs trekking rice fields and villages and that was it. Nobody in the tourist agent office told me when we were booking that trip that I will have to kill the time between 3pm -9pm until the journey back to Hanoi).
I really enjoyed the whole trek thing. It was raining and I was stupidly wearing my white converse ( if tribe women could trek wearing flip flops I could definitely do it wearing trainers!) but then it stopped and we entered the rice fields area and the views were simply  wondreful.
The journey back on the other hand was something different.
The coach tickets were numbered, I showed my ticket to a lady on a bus and she said ok and wanted to let me in. Then some guy came running and shouting something to her (he had seen my ticket before her when I was asking about my bus). She turned around and said to me 'NO, NO, GO THERE' and pointed out to another bus. I didn't want to go because I saw foreign tourists getting on this bus that was going to Hanoi and besides she just crossed my ticket number from her list. But they wouldn't let me in. So they dragged me to this other bus that had few Vietnamese people in. I thought, 'Ok, there will be more  people boarding'. But the bus left before it's scheduled departure time, 3/4 empty. So I thought, 'Now I'm f.....'. Stupid things came to my mind, a kidnapping, rape, murder... All because how my ticket got crossed off the list and how I ended on a bus with Vietnamese men (and few women, which after a while gave me hope lol).
I couldn't sleep the whole journey back. The bus seemed to be going to and stopping at random places taking people on and dropping them off. Suddenly at 2am, driver switched the engine off, got off the bus with few other people, closed the door of the bus with us in it and were gone for an hour! I was freaking out at this point! It turned out they've done themselves a break with the driver eating, drinking and smoking something else than cigarettes from a long water pipe! Then they got back on the bus and we left with miracously found different, I wanted to believe, sober driver (the one who smoked crashed on a bed at the back).
We made few more random stops on the way and then finally a stop at Hanoi Coach Station. I was ecstatic to say the least! I was back in Hanoi. Unhurt, tired but relieved and happy. Just seeing the word 'Hanoi' in the name of the station made me want to get off the bus even though it meant walking back to the hotel for miles. But I was stopped and luckily there was one guy who could speak some English. He said, this is not a final stop and I need to stay on the bus if I want to be dropped off where I was supposed to be dropped off. The problem is, the bus went off for another 5 mins and stopped at what appeared to be this company's coach terminal and the driver said he is not going any further! It was 4.30am, it was dark and this place wasn't even on the map I had.
Before we paid for this whole trip of mine, Keith wanted to make sure that we know exactly where's the dropping point and how can I get back to a hotel. And now here I was, somewhere out in the boonies that's not even on the map. Luckily this guy who could speak some English offered help and negotiated the price of a taxi for me. As he said, it was still an extreme rip off by his experience (he and his mates were charged much less to a nearby place) but I was told by Keith that if any troubles arose, I should take a taxi no matter what. But this poor taxi driver couldn't start the car. He had 3 of his mates pushing the taxi so finally he started off and we left. I was just hoping that there will be no red lights, cause if he stops, he might not move again. And there were many red lights on the way, but the car kept going. And I decided that if that happens, I will fuc... push it until I get back to the hotel... And I promised myself that I'm not going to go anywhere else by myself. One day without Keith, everything falls apart.



Na wycieczkę do Sapy wybrałam się sama, gdyż Keith już tam był, poza tym w niedzielę w tv pokazywali Grand Prix, które on chciał obejrzeć. Spoko, umówiliśmy się na samym początku, że jak jedno z nas chce coś zwiedzać a drugie nie ma ochoty, to się nie stopujemy nawzajem. Tak więc pojechalam.
Sapa to wspaniałe miejsce, ale dotrzeć tam nie jest łatwo. Nie było mnie przez 2 noce. Z Hanoi wyjeżdżałam w sobotę o 21-ej nocnym autobusem do Sapy ( tzn., powinnam była, ale czekałam ponad 40 min, gdyż miał mnie ktoś odebrać). Podróż w tamtą stronę była generalnie spoko (no może poza momentami, kiedy nocą  jechaliśmy krętymi, wąskimi drogami górskimi a kierowca sobie smsował!). Do Sapy dotarliśmy o 4 nad ranem i musieliśmy zostać w autokarze do godz 7. Wtedy mieliśmy  być odebrani przez naszych przewodników. Tylko, że oni się nie pojawili. Zamiast nich, zjawiło się dwóch kolesi, którzy zabrali mnie i jeszcze kilka innych  osób do hotelu na śniadanie.
 Po śniadaniu spędziłam 6 godzin trekując po polach ryżowych i wioskach okolicznych i to powiem Państwu, tyle. Nikt w biurze turystycznym w Hanoi nie poinformował mnie, że potem mam błąkać się po Sapie przez kolejne 6 godzin (od 15 do 21-ej) czekając na autokar.
To całe trekowanie naprawdę mi się podobało. Na początku padał deszcz, było ślisko, a ja głupia idiotka miałam na sobie białe conversy (no, ale skoro te kobiety z plemienia dawały radę w klapkach, to i ja też). Potem się rozpogodziło i weszliśmy na ścieżki pomiędzy polami ryżowymi i widok był cudowny.
Powrotna podróż do Hanoi to zupełnie coś innego. Bilety były ponuemerowane, pokazałam więc swój pani, która je sprawdzała i ona powiedziała, że mam wsiadać. Nagle nadbiegł koleś  i zaczął do niej coś krzyczeć (koleś, który widział mój bilet wcześniej, bo pytalam go,którym autokarem do Hanoi mam się zabrać). Ona się odwróciła do mnie i mówi 'NIE, NIE, MASZ IŚĆ TAM' i wskazała na inny autokar. Nie chciałam tam iść, bo wszyscy zagraniczni turyści wsiadali do tego autobusu jadącego do Hanoi, a poza tym, ona właśnie przekresliła mój numer biletu ze swojej listy! Ale nie miałam wyboru, bo nie chcieli mnie tu wpuścić. Zaprowadzili mnie do drugiego autokaru, w którym było kilku Wietnamczykòw. Pomyślałam 'Ok, jeszcze autokar się zapełni'. Tylko że autokar wyjechał przed czasem, 3/4 pusty. 'No to teraz mam przeje....', pomyślałam. Od razu głupie rzeczy zaczęły przychodzić mi do głowy, że porwanie, gwałt i może nawet morderstwo... A wszystko przez to, że mój bilet został skreślony z tamtej listy i w tym autokarze większość osób to Wietnaczycy (no dobra, kilka Wietnamek się znalazło, co dało mi nadzieję lol).
Nawet na momencik nie zmrużyłam oka. Wyglądało na to, że autobus jechał i zatrzymywał się tam gdzie popadło, żeby zabrać ludzi i ich wysadzić. Potem, nagle o godz. 2 nad ranem kierowca wyłączył silnik, wraz z kilkoma gośćmi z przodu wysiadł, zamknął drzwi autokaru z resztą nas w środku i zniknął na godzinę! No teraz to ogarnęła mnie panika na maksa!
Okazało się, że zrobili sobie oni przerwę. Kierowca jadł, pił i palił coś z długiej wodnej fajki ( no papieros to to nie był). Po godzinie wrócili oni do autokaru i ruszyliśmy w drogę. Za kierownicą siadł inny kierowca (skąd  on się wziął?). Chciałam głęboko wierzyć, iż był on trzeźwy. Ten co jarał, walnął się do spania z tyłu autokaru.
Zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach i w końcu na stacji autobusowej w Hanoi. Byłam tak szczęśliwa, że  niemalże wpadłam ekstazę. Dotarłam do Hanoi. Zmęczona, ale cała. Widząc sam napis 'Hanoi' sprawił, iż chciałam wysiąść i iść piechotą do hotelu, nawet niezliczone kilometry. Na szczęście jeden koleś mnie powstrzymał mówiąc, ze to nie jest końcowy przystanek, że autokar dojedzie tam, gdzie było ustalone przy zakupie wycieczki. Problem w tym, że autobus zatrzymał po jakichś 5 minutach (w miejscu, ktire wyglądało na bazę autobusową tej firmy) i kierowca powiedział, że ten autobus dalej nigdzie już nie jedzie. Była godz. 4.30 nad ranem, było ciemno a ja utkwiłam w miejscu, które nie było zaznaczone na mapie, którą miałam przy sobie. Zanim wykupiliśmywwycieczkę dla mnie, w biurze turystycznym pytaliśmy o każdy jej aspekt, zwłaszcza drogę powrotną i miejsce,ggdzie autokar miał nas odstawić. Wszystko sprawdziliśmy i ja znałam   dokładnie z tego miejsca trasę powrotną do hotelu. No ale nie, Magda wylądowała gdzieś na jakimś wygwizdowie, którego nie ma nawet na mapie! Na szczęście ten chłopaczek, który mówił trochę po angielsku zaoferował swoją pomoc i wynegocjował cenę powrotną taxi. Jak to on sam ujął, panowie taksowkarze zdzierają ze mnie cholernie, ale jak to Keith powiedział, jak tylko znajdę się w potrzasku, to mam brać taxi i tyle. No to wsiadłam, tylko, że ten biedny taksówkarz auta nie mógł odpalić. Trzech jego kumpli pchało auto, aż w końcu odpaliło. Modliłam się tylko, żeby nie było żadnych świateł czerwonych po drodze. No ale były. Auto nie zgasło, chociaż w duszy obiecałam sobie, że nawet jak trzeba będzie pchać tą ku...... taxi, to ją będę pchała do samego hotelu. Obiecałam też sobie, że już na żadną wycieczkę sama nie pojadę. Jeden dzień bez Keitha i się wszystko wali!

These ladies do the trek from their villages to Sapa on a regular basis. That day, on Sunday they left home at 4am and walked in the dark. Sunday is a market day in Sapa and they have to dress in their traditional clothes so other recognise which tribe they come from. But they don't walk to the market. Instead they wait for the coaches with tourists to arrive and they fish for anyone without accommodation booked offering a cheap homestay. If you don't need one, they follow you on your trek around the fields. / Te kobiety regularnie pokonują trasę ze swoich wiosek do Sapy. Tego dnia, w niedzielę wyruszyły one o 4 nad ranem i szły w ciemnościach. Niedziela to dzień targowy w Sapie, w związku z czym musiały one założyć swoje tradycyjne stroje plemienne, żeby inni mogli rozpoznać, z jakiego plemienia pochodzą. Ale one nie wybierają sie na rynek. One czekają na przyjazd autokaròw z turystami i próbują 'wyłowić' tych bez zarezerwowanego noclegu oferując tani nocleg w domu rodzinnym. Jeżeli takiego nie potrzebujesz, to one dołączają się do twojej wycieczki po polach ryżowych.


Fancy walking in the clouds? This is where the trek began - from Sapa in the clouds downhil to the rice fields./ Ktoś ma może ochotę na spacer w chmurach? To tutaj rozpoczęła się nasza wędrówka - z Sapy w chmurach, potem w dòł, w stronę pól ryżowych.

A walk through a village. / Spacer przez wioskę.

Our guide for the day. I'm ashamed to admit, but I don't remember her name. Her clothing indicates she comes from the tribe, called H'mong. She took us through the small paths on the hill side of the rice fields and villages to a restaurant where we stopped for lunch. / Oto nasza przewodniczka. Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam jej imienia. Jej strój wskazuje na to, iż pochodzi on z plemienia zwanego H'mong. Przeprowadziła ona nas z Sapy, poprzez ścieżki pośród wzgórz pól ryżowych do restauracji w wiosce, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch.


Girls and women of H'mong tribe were accompanying us from Sapa till we reached their village. Once that happened, very quickly they took out they're goods for sale (bags, bracelets, scarfs etc. - all apparently handmade). / Dziewczęta i kobiety z plemienia H'mong towarzyszyły nam z Sapy do momentu, jak dotarliśmy do ich wiosku. Jak byliśmy już na miejscu, to wtedy nagle wyskakiwały z najròżniejszymi produktami na sprzedaż (torebki, bransoletki, szaliki itp. - wszystko podobno ręcznie robione).

According to our giude, the best time to visit Sapa and the rice fields is in September, when the autumn begins. It's very hard to work in these fields, staying for hours with your feet in water. Smaller families are self sufficient. / Według naszej przewodniczki, najlepszym okresem na odwiedzenie Sapy i pòl ryżowych to wrzesień, początek jesieni. Praca w polu ryżowym jest bardzo ciężka, trzeba być stopami uwięzionym w wodzie poprzez długie godziny. Mniejsze rodziny są tutaj samowystarczalne.

A lonely house among the fields. It's a long walk to a local shop./ Samotny dom pośród pól ryżowych. Musi to być długi spacer do lokalnego sklepu.


The rice seeding season starts by the end of April. But still, the view was impresive. / Pora siewu ryżu rozpoczyna się pod koniec kwietnia. Pomimo tego, widoki robiły naprawdę wrażenie.

A lady from Red Dzao tribe. It's great to see those women from different tribes but... bloody hell, they nag you. They feel they need to make you buy anything and everything. This one said to me that she saw me buying something from a H'mong woman and that I haven't helped anyone from her tribe. She didn't take 'NO' for an aswer! She's smiling because I bought a small bag from her. / Kobieta z plemienia Red Dzao. To jest świetna sprawa, spotkać te kobiety z różnych plemien, ale nachalne są jak cholera. Uważają one, że muszą wcisnąć każdemu wszystko i cokolwiek. Ta pani na zdjęciu powiedziała do mnie, iż widziała,  jak kupiłam coś od kobiety z plemienia H'mong i, że jeszcze nie pomogłam nikomu z jej plemienia. 'Nie' w ogóle do niej nie przemawiało. Uśmiecha się na zdjęciu, bo w końcu wymiękłam i kupiłam malutką torebeczkę.


At the restaurant, where we had our lunch, I heard the owner (westerner) saying to a group of tourists that only older women from these tribes handcraft everything. The young ones get their staff from China for nothing and then sell it to the tourist saying they made them themselves. This lady was sitting outside a craft shop so I presume it was a marketing trick of the shop to invite tourists to browse truly handmade products. / W restauracji, w której mieliśmy lunch, słyszałam jak właściciel  (koleś z zachodu, obcokrajowiec dla Wietnamczykòw) tłumaczył grupie turystòw, że tylko starsze kobiety z tych plemien robią wszystko ręcznie. Młode są cwane i sprowadzają wszystko z Chin za grosze i sprzedają turystom jako wyroby własne. Ta pani siedziała przed sklepem z wyrobami rzemieślniczymi, lokalnymi więc wydaje mi się, iż to był po prostu trik marketingowy, żeby zachęcić turystów do wejścia do sklepu.
A night bus back to Hanoi. 3 rows of bunk beds, 10 beds in each row. Plus another 10 bunk beds at the very back. Every bed was taken, but that's not enough for Vietnamese. They put matresses betwen the rows of beds and had another 4 people sleeping on the floor on each side! I was told to sleep on the upper bed but negotiated  the bottom one (why?!). On top of that, driver put the tv on with some music channel. Quite loud. It doesn't matter people were trying to sleep. Young kids behind me had their own disco going on... I was too stressed to sleep. / Nocny autokar powrotny do Hanoi. 3 rzędy łóżek piętrowych, 10 łóżek w każdym rzędzie. Do tego, kolejnych 10 łóżek z tyłu autokaru. Każde łóżko było zajęte, ale to za mało dla Wietnamczykòw. Rozłożyli oni jeszcze materace pomiędzy rzędami łóżek dla kolejnych 4 osób z każdej strony! Na początku powiedziano mi, że mam spać na górze, ale udało mi się wynegocjować dolne łóżko  (i po co?!). Żeby tego było mało, to kierowca włączył tv z muzyką dobiegającą dosyć głośno z głośników. Nieważne, że ludzie próbowali spać. Jakieś młodziaki z tyłu też mieli własne disco. Ja byłam zbyt zestresowana, żeby zasnąć.





1 comment:

  1. Ale jazda! To miałaś wycieczke życia! Masakra!
    Zdjęcia rzeczywiście pokazują piękno tamtych miejsc, ale pozostałych wrażeń nie zazdroszczę!

    ReplyDelete